en

PRACowniA

Nowa Wspaniała Normalność


CJ Hopkins
OffGuardian
15 kwietnia 2020 r.

"Żegnajcie, Żydzi!"

 

Wojna z populizmem wreszcie się skończyła. Śmiało, zgadnijcie, kto wygrał?

Podpowiem wam. Nie są to Rosjanie, biali supremacjoniści, żółte kamizelki, nazistowski kult śmierci Jeremy'ego Corbyna, mizoginiści określani jako Bernie Bros, terroryści w czapkach MAGA, ani żadna z innych prawdziwych lub fikcyjnych "populistycznych" sił, z którymi od czterech lat toczy wojnę globalny kapitalizm.

Co? Nie mieliście świadomości, że globalny kapitalizm toczy Wojnę z Populizmem? Nie martwcie się, większość ludzi nie ma o tym pojęcia. Nie było oficjalnego ogłoszenia, ani nic w tym stylu. Została wszczęta latem 2016 r., kiedy kończyła się Wojna z Terroryzmem, jako jej następny odcinek lub jej wariacja, albo przedłużenie, albo… to naprawdę już bez znaczenia, bo teraz mamy Wojnę ze Śmiercią, czy też Wojnę z Drobnymi Objawami Przeziębienia – w zależności od wieku i ogólnego stanu zdrowia.

Zgadza się, moi drodzy, po raz kolejny globalny kapitalizm (czyli tzw. "świat") został zaatakowany przez potwornego wroga. GloboKap nie może złapać oddechu. Od momentu, kiedy pokonał komunizm i stał się globalnym hegemonem ideologicznym, pojawiał się jeden nikczemny wróg za drugim.

„Oddział ratunkowy"

Jak tylko odtrąbił i uczcił zwycięstwo w zimnej wojnie i zaczął bezwzględnie wszystko restrukturyzować i prywatyzować, został brutalnie zaatakowany przez "islamskich terrorystów" i tym samym zmuszony do inwazji na Irak i Afganistan, zabicia i torturowania ogromu ludzi, zdestabilizowania całego Bliskiego Wschodu, nielegalnego inwigilowania każdego człowieka, … no przecież pamiętacie Wojnę z Terrorem.

Wtedy, kiedy już wydawało się, że Wojna z Terrorem wreszcie się kończy, a jedynymi pozostałymi terrorystami byli "samoradykalizujący się" terroryści (z których wielu nie było nawet prawdziwymi terrorystami) i wyglądało na to, że GloboKap w końcu będzie w stanie spokojnie dokończyć prywatyzację i zniewolenie wszystkiego i wszystkich długami, na wypadek, gdybyście o tym nie wiedzieli, zostaliśmy ponownie zaatakowani, tym razem przez globalny spisek wspieranych przez Rosję, neofaszystowskich "populistów", którzy doprowadzili do Brexitu i do wygranej Trumpa, próbowali nawet wybrać Corbyna i Berniego Sandersa, napuścili też na Francję żółte kamizelki i zagrażają "tkance zachodniej demokracji" zasiewającymi niezgodę memami na Facebooku.

Niestety w przeciwieństwie do wojny z terroryzmem, wojna z populizmem nie szła tak dobrze. Po czterech latach walki GloboKap (znany też jako Neoliberal Resistance) … no dobrze, zdusili obu, Corbyna i Sandersa, ale kompletnie spartaczyli operację psychologiczną pt. Russiagate, i musieli się liczyć z kolejnymi cztery latami Trumpa i Bóg jeden wie, ile lat Johnsona (w Wielkiej Brytanii, która rzeczywiście opuściła Unię Europejską), żółte kamizelki jakoś nie znikały i w gruncie rzeczy "populizm" wciąż rósł w siłę (jeśli nie w rzeczywistości, to przynajmniej w sercach i myślach).

I tak, jak tylko Wojna z populizmem zastąpiła (lub przedefiniowała) Wojnę z Terroryzmem, oficjalnie rozpoczęto Wojnę ze Śmiercią, żeby zastąpić nią (lub przedefiniować) Wojnę z Populizmem… co, po raz kolejny, oznacza (zgadliście), że czas przedstawić następną "nową wspaniałą normalnośc".

Zostań w domu. Życie jest piękne.

Natura tej nowej wspaniałej normalności jest w tym momencie absolutnie jasna i nie pozostawia miejsca na wątpliwości. Jest tak jasna, że większość ludzi jej nie widzi, a to dlatego, że nie są gotowi jej zaakceptować, więc jej nie rozpoznają, mimo że mają ją pod samym nosem. Zupełnie jak Dolores w serialu "Westworld", "nic im to nie mówi". Dla reszty z nas wygląda to dość totalitarnie.

W ciągu około 100 dni całe globalne imperium kapitalistyczne zostało przekształcone w de facto państwo policyjne. Prawa konstytucyjne zostały zawieszone. Większość z nas siedzi w areszcie domowym. Policja zgarnia wszystkich, którzy nie współpracują z nowymi środkami nadzwyczajnymi. Na siłę wyrzucają pasażerów z transportu publicznego, aresztują ludzi, których dokumenty nie są zupełnie w porządku, nękają, biją, zastraszają i arbitralnie zatrzymują każdego, kogo uznają za "zagrożenie dla zdrowia publicznego".

Władze otwarcie grożą, że będą siłą wyciągać ludzi z domu i poddawać kwarantannie. Policjanci ścigają zbiegłe babcie. Robią naloty na nabożeństwa w kościołach i synagogach. Obywatele są zmuszani do noszenia urządzeń moniturujących przywiązanych do kostek. Roboty i orwellowskie drony są utrapieniem dla rodzin, które wybrały się na spacer.

Przeciwko tym mniej uległym, którzy "łamią zasady", kierowane są oddziały antyterrorystyczne. Każdy, kto według amerykańskich władz "celowo roznosi koronawirusa" może być aresztowany i oskarżony jako koronawirusowy terrorysta. Firmy zajmujące się sztuczną inteligencją pracują z rządami nad wdrożeniem systemów rejestrowania i śledzenia naszych kontaktów i ruchów. Jak napisano w najnowszym artykule Foreign Policy:

"Analogia ze zwalczaniem terroryzmu jest przydatna, ponieważ pokazuje kierunek, w którym zmierza polityka pandemiczna. Wyobraźcie sobie, że wykryto nowego pacjenta z koronawirusem. Po pozytywnym wyniku testu rząd może użyć danych z jego telefonu komórkowego, aby namierzyć każdego, kto przebywał w pobliżu, być może skupiając się na tych, którzy byli z nim w kontakcie dłużej niż kilka minut. Sygnał z telefonu komórkowego może następnie zostać wykorzystany do egzekwowania decyzji o kwarantannie. Ktoś wyjdzie z mieszkania, a władze będą wiedziały. Zostawi telefon w domu, a zadzwonią. Rozładuje baterie, a w ciągu kilku minut pod jego drzwiami pojawi się samochód policyjny…"

Mógłbym tak ciągnąć, ale chyba już z grubsza widzicie, co się szykuje. Cóż, albo widzicie, albo nie.

I to jest ta naprawdę przerażająca część Wojny ze Śmiercią i naszej "nowej wspaniałej normalności"… znacznie bardziej niż sam totalitaryzm. (Każdy, kto bacznie obserwował, nie jest tak bardzo zszokowany decyzją GloboKap o wdrożeniu globalnego państwa policyjnego. Symulowanie demokracji jest w porządku, jak długo te plebejuszowskie masy nie staną się niesforne i trzeba będzie im przypomnieć, kto tu rządzi – co właśnie się robi).

"Witamy na pokładzie, Proszę zająć miejsca, żebyśmy mogli was oczyścić".

Nie, naprawdę przerażające jest to, jak miliony ludzi natychmiast wyłączyły krytyczne myślenie, ustawiły się w rządku, zaczęły iść gęsiego, powtarzać histeryczną propagandę i donosić policji na sąsiadów za wyjście na spacer czy przebieżkę (po czym sadystycznie obrzucały ich obelgami, zupełnie jak owo "Żegnajcie, Żydzi" z ust żydowskiej dziewczyny z "Listy Schindlera", gdy ci zostali obezwładnieni i aresztowani).

Są tam, w tej chwili, w Internecie, miliony tych faszystów z dobrymi intencjami, patrolują sieć w poszukiwaniu oznak najmniejszego odchylenia od oficjalnej narracji na temat koronawirusa, bombardują wszystkich bezsensownymi wykresami, wyjętymi z kontekstu statystykami śmierci, zdjęciami rentgenowskimi zwłóknionych płuc, zdjęciami ciężarówek-chłodni z kostnicy i zbiorowych grobów, i innych sensacyjnych potworności, których celem jest doprowadzenie do zwarcia w krytycznym myśleniu i uciszenie wszelkich form sprzeciwu.

Tego typu zachowanie, chociaż niezaprzeczalnie tchórzliwe i obrzydliwe, również nie jest szokujące. Niestety, gdy ludzie zostaną wystarczająco sterroryzowani, większość cofnie się do swoich zwierzęcych instynktów. Nie jest to kwestia etyki ani polityki. Jest to wyłącznie kwestia instynktu samozachowawczego. Kiedy zniesie się normalną strukturę społeczeństwa i umieści wszystkich w "stanie wyjątkowym"… robi się zupełnie tak, jak w grupie szympansów, kiedy osobnik alfa umiera albo zostaje zabity przez konkurenta. Reszta stada biega w kółko pohukując i strojąc miny, aż stanie się jasne, kto jest nowym dominującym samcem, a wtedy pochylają się, żeby zademonstrować swoją uległość.

Totalitaryści to rozumieją. Rozumieją to sadyści i przywódcy sekt. Kiedy ludzie, nad którymi dominujesz, stają się niepokorni i zaczynają kwestionować twoje prawo do dominacji nad nimi, musisz sfabrykować "stan wyjątkowy" i wywołać trwogę, żeby zwrócili się (lub wrócili) do ciebie po ochronę przed potwornym wrogiem, kimkolwiek on jest, zagrażającym sekcie, ojczyźnie czy czemukolwiek innemu. A kiedy już wrócą do zagrody i przestaną kwestionować twoje prawo do dominacji, możesz wprowadzić nowy zestaw reguł, których wszyscy muszą przestrzegać, żeby historia się nie powtórzyła.

Właśnie to dzieje się w tej chwili. Ale prawdopodobnie chcesz wiedzieć … dlaczego tak się dzieje? I dlaczego właśnie teraz?

Na szczęście mam na ten temat pewną teorię.

Nie, nie ma w niej Billa Gatesa, Jareda Kushnera, WHO ani globalnego spisku chińskich Żydów zanieczyszczających nasze cenne płyny ustrojowe za pomocą swojej satanistyczno-pozaziemskiej technologii 5G. Jest trochę mniej ekscytująca i bardziej abstrakcyjna (aczkolwiek niektóre z tych postaci prawdopodobnie mają coś z tym wspólnego… choć raczej nie chińscy Żydzi ani satanistyczno-pozaziemscy iluminaci).

Wiecie, staram się bardziej skupiać na systemach (takich jak globalny kapitalizm) niż na jednostkach. I na modelach władzy, a nie konkretnych ludziach ją sprawujących w danym momencie. Z tej perspektywy ta globalna blokada i nasza nowa wspaniała normalność mają doskonały sens. Wytrzymajcie ze mną jeszcze chwilę, bo na to, co dalej napiszę, nie bardzo się mieści w głowie.

To, czego doświadczamy, to dalsza ewolucja post-ideologicznego modelu władzy, który powstał, gdy po rozpadzie Związku Radzieckiego globalny kapitalizm stał się globalnie hegemonicznym systemem. W takim globalnie hegemonicznym systemie ideologia staje się przestarzała. Ten system nie ma zewnętrznych wrogów, a zatem i ideologicznych przeciwników. Wrogowie globalnie hegemonicznego systemu z definicji mogą być tylko wewnętrzni. Każda wojna staje się powstaniem, buntem wybuchającym w obrębie systemu, ponieważ nie ma już żadnego zewnątrz.

Ponieważ nie ma już żadnego zewnątrz (a zatem i zewnętrznego ideologicznego przeciwnika), globalnie hegemoniczny system całkowicie rezygnuje z ideologii. Jego ideologią staje się samo pojęcie "normalności". Każde wyzwanie dla "normalności" jest odtąd uważane za "nienormalność", "odstępstwo od normy" i automatycznie delegitymizowane. System nie musi spierać się z odchyleniami i nieprawidłowościami (jak bywało w przeszłości, kiedy dla uwierzytelnienia się i nadania sobie legitymacji był zmuszony do debat z przeciwnymi ideologiamisię). Teraz musi je po prostu wyeliminować. Przeciwstawne ideologie stają się patologiami, egzystencjalnymi zagrożeniami dla zdrowia systemu.

Innymi słowy, globalnie hegemoniczny system (tj. globalny kapitalizm) staje się ciałem, jedynym ciałem, któremu nie przeciwstawia się nic z zewnątrz, ale atakowane jest od wewnątrz przez różnych przeciwników: terrorystów, ekstremistów, populistów, kogokolwiek. Ci wewnętrzni przeciwnicy atakują globalnie hegemoniczne ciało podobnie jak choroba – jak rak, zakażenie czy wirus. A globalnie hegemoniczne ciało reaguje tak jak każde inne ciało.

Czy ten model zaczyna brzmieć znajomo?

Mam taką nadzieję, ponieważ właśnie to się teraz dzieje. System (tj. globalny kapitalizm, a nie grupa facetów w jakimś pokoju, zawiązująca spisek mający służyć sprzedaży szczepionek) reaguje w przewidywalny sposób na ostatnie cztery lata populistycznej rewolty. GloboKap atakuje wirusa, atakującego jego hegemoniczne ciało. Nie, nie koronawirusa. Wirusa o wiele bardziej niszczycielskiego i namnażającego się: oporność wobec hegemonii globalnego kapitalizmu i jego post-ideologicznej ideologii.

Jeśli jeszcze nie jest dla was jasne, że obecny koronawirus żadną miarą nie uzasadnia totalitarnych środków nadzwyczajnych, nałożonych na większość ludzkości, stanie się to jasne w najbliższych miesiącach. Pomimo wszelkich starań "ekspertów ds. zdrowia", by praktycznie wszystko uznać za "śmierć z powodu Covid-19", liczby ujawnią prawdę. Ci "eksperci" już manipulują hstorią, rekalibrując lub kontekstualizując swoje początkowe apokaliptyczne przepowiednie. Media łagodzą histerię. Widowisko jeszcze się nie skończyło, ale można już wyczuć zbliżający się finał.

W każdym razie, kiedykolwiek to się stanie – za kilka dni, tygodni czy miesięcy – GloboKap wyhamuje totalitaryzm i wypuści nas, żebyśmy mogli wrócić do pracy w ostałych się resztkach globalnej gospodarki – i czyż nie będziemy wszyscy niezmiernie wdzięczni? Na ulicach odbędą się huczne uroczystości, z włoskimi tenorami śpiewającymi na balkonach i rewią taneczną pielęgniarek! Żółte kamizelki przerwą protesty, Putinowi naziści skończą z memami, a Amerykanie wybiorą na prezydenta Joe Bidena!

No, może nie to ostatnie. Rzecz jednak w tym, że to będzie nowa wspaniała normalność! Ludzie zapomną o wszystkich tych populistycznych bzdurach i będą wdzięczni za jakąkolwiek parszywą robotę, żeby tylko być w stanie zapłacić odsetki od swoich długów, bo przecież, hej, globalny kapitalizm nie jest taki zły w porównaniu z życiem w areszcie domowym!

A jeśli tak się nie stanie, GloboKap nie będzie miał z tym problemu. Będą musieli znowu nas zamknąć i ciągle nas zamykać, w nieskończoność, dopóki nie pójdziemy po rozum do głowy. Chodzi mi oto, że przecież nie zamierzamy nic z tym zrobić, prawda? Czyż właśnie nie pokazaliśmy tego? Jasne, znowu popsioczymy i pojęczymy, a oni znów wyciągną te zdjęcia masowych grobów i ciężarówek śmierci, i wykresy, i wszystkie te przerażające prognozy, i gorące linie telefoniczne blockwartów znów zatętnią życiem…

O Autorze

C. J. Hopkins to wielokrotnie nagradzany amerykański dramaturg, powieściopisarz i satyryk polityczny, mieszkający w Berlinie. Jego sztuki były publikowane przez Bloomsbury Publishing i Broadway Play Publishing, Inc. Jego powieść dystopijna Zone 23 została wydana przez Snoggsworthy, Swaine & Cormorant. Pierwszy tom jego Consent Factory Essays ukazał się nakładem Consent Factory Publishing, spółki zależnej, będącej w całości własnością Amalgamated Content, Inc. Można się z nim skontaktować poprzez strony cjhopkins.com i consentfactory.org.

Komentarz SOTT: Zob. też (artykuły po angielsku):

Tłumaczenie: PRACowniA

Komentarz Pracowni:

https://www.gov.pl

translate | Sun, 26 Apr 2020 05:58:57 +0000

Puste szpitale? Gdzie są ci wszyscy pacjenci z koronawirusem?


D. Rodriguez
Sott.net
1 kwietnia 2020 r.

[Szpitale w Nowym Jorku przygotowują się na gwałtowny wzrost liczby pacjentów – Zwróćcie uwagę na datę. To już 11 dni i ludzie zastanawiają się, gdzie oni są….]

Na Twitterze popularność zdobył hashtag #FilmYourHospital [SfilmujSwójSzpital]. W czasie gdy jedna trzecia światowej populacji żyje w "izolacji", niektórzy zaczęli radzić sobie z klaustrofobicznym niepokojem odwiedzając lokalne szpitale, żeby nagrać wyrywki chaosu, którego się tam spodziewali: pokazać, jak rozszalała się zabójcza pandemia i tym podobne obrazki. Zaskakujące jest jednak to, że ludzie znajdują w większości nietypowo ciche, nieprzeładowane szpitale. Niektóre sprawiają wręcz wrażenie – wybaczcie grę słów – śmiertelnie cichych.

Może być tak, że ludzie widzą obecnie puste, ciche szpitale, bo przypadki Covid-19 (podejrzewane lub potwierdzone) są kierowane – póki co – tylko do wytypowanych placówek. Miałoby to sens z epidemiologicznego punktu widzenia – dobrze by było "umieścić" przypadki w jak najmniejszej liczbie "punktów zapalnych", bo przecież same szpitale dość szybko stają się istotnym źródłem infekcji. Czy ktoś widział raporty lub dyrektywy wydane w sprawie takich posunięć administracyjnych? Ja jeszcze nie. Z większość doniesień o gotowości szpitali można wywnioskować, że wszystkie placówki medyczne, przynajmniej w miastach, spodziewają się "lada dzień przepełnienia".

Jednym z pierwszych klipów #FilmYourHospital był filmik niemieckiego reportera Billy'ego Sixa pod tytułem "Mediziner gegen Medien Es gibt keine gefährliche Corona Pandemie" [Lekarze kontra media. Nie ma żadnej groźnej pandemii koronawirusa]. Na początku wizyty w jednym z najbardziej obłożonych szpitali w Berlinie Six mówi, że skierowała go tam administracja innego szpitala, twierdząc, że to "tam wysyłają przypadki Covid-19". Jednak zamiast natknąć się na personel medyczny pilnie uwijający się przy chorych na Covid-19, jak można by się było spodziewać, zastał w szpitalu wyjątkowo spokojną atmosferę.

Film Sixa zawiera krótkie ujęcia z jego wizyty w berlińskim "szpitalu dla Covid-19", ale większość jego treści to kolaż wywiadów z lekarzami i wirusologami z Niemiec, Włoch i innych krajów, kwestionujących założenia leżące u podstaw "pandemii covid-19". Co ciekawe, kopie tego filmu były usuwane przez YouTube za "łamanie zasad", chociaż po obejrzeniu go trudno doszukać się czegoś, co mogłoby w jakikolwiek sposób być kontrowersyjne. No może poza tym, co puste szpitale przeznaczone na "Covid-19" mogą oznaczać w zestawieniu z narracją "pandemii koronawirusa"…

Podobno wciąż krąży na YouTube (tu [już zdjęty] i tu [też zdjęty]), ale może nie potrwać to długo, bo cenzorzy wciąż usuwają jego kopie. [Jeśli zamieszczone powyżej wideo podzieli los innych kopii, można je jeszcze obejrzeć na BitChute i na Brighteon]

Poniżej kilka klipów z miejsc, które według relacji mass mediów są "zapełnione chorymi na covid-19" – och nie, są "strefami wojny" – a w rzeczywistości okazują się dość spokojne. Klipy pochodzą z 3 stanów USA, które według najnowszych oficjalnych statystyk mają "największą liczbę przypadków Covid-19":

Nowy Jork

[1. Nie wiemy, po prostu zakładamy, że mają tego wirusa
2. Elmhurst, epicentrum epidemii]

[Wczoraj wieczorem przejechaliśmy obok centrum medycznego Mt. Sinai Queens w NJ, żeby zobaczyć tę "apokaliptyczną sytuację" w środku i na zewnątrz, o czym tak głośno było w lokalnych, krajowych i zagranicznych mediach. Faktycznie ogromne zamieszanie, nieprawdaż?]

New Jersey

[Szpital Św. Piotra w New Brunswick, wtorek, 31 marca, 4 po południu. 30 minut i żadnej karetki. Poczekalnia pusta. W recepcji powiedziano, że mają jakichś pacjentów z covid, ale nie ujawnią, ilu.]

Kalifornia

[Właśnie zajrzałam do dwóch szpitali w LA, tych "stref wojny", jak zapewniają media. Jest w nich bardzo cicho i są PUSTE. Nie mówi się nam prawdy.
Te szpitale nie chcą być filmowane i odnoszę wrażenie, że pracownicy nie mają wyboru. Odwiedziłem 7 szpitali i we wszystkich poczekalnie na oddziale ratunkowym były prawie albo zupełnie puste, puste też były namioty przeznaczone na testowanie. Poniżej Long Beach Memorial Hospital, chyba tylko jedna osoba jest w poczekalni.]

W najlepszych okresach, a zwłaszcza w sezonie grypowym, szpitale są pełne pacjentów oczekujących na zabiegi, badania i wiele innych usług medycznych, które – choć nie zawsze ratujące życie – są ważne dla społeczeństwa. Tych pacjentów obecnie się nie obsługuje. Zazwyczaj w co bardziej obłożonych szpitalach widzimy też pełne poczekalnie i zapracowany personel oddziałów ratunkowych zajmujących się nagłymi wypadkami. Wszystko to zostało "wstrzymane", żeby zająć się tą "pandemią"… tylko gdzie ona jest?

W szpitalach od czasu do czasu faktycznie zdarza się "krytyczne przeciążenie". W styczniu 2018 roku Time informował o epidemii grypy sezonowej w USA "w skali, jakiej pracownicy szpitala nigdy wcześniej nie widzieli":

Przepełnione chorymi na grypę szpitale leczą pacjentów w namiotach

Epidemia grypy w sezonie 2017-2018 wywołała wzrost liczby pacjentów szpitali i oddziałów ratunkowych w każdym stanie, a centra medyczne reagują wprowadzając środki nadzwyczajne: prosząc personel o pracę po godzinach, ustawiając namioty polowe, ograniczając wizyty przyjaciół i rodziny oraz odwołując planowane operacje – by wymienić tylko kilka z nich.

"Nasza placówka pęka w szwach, ilość pacjentów jest z całą pewnością większa niż w poprzednich sezonach grypowych" – powiedział dr Alfred Tallia, profesor i dyrektor ośrodka Medycyny Rodzinnej w Robert Wood Johnson Medical Center w New Brunswick, w stanie New Jersey. "Jestem lekarzem od 30 lat i od dobrych 15-20 lat nie widziałem tylu przypadków grypy i zachorowań grypo-podobnych, co w tym roku".

Tallia powiedział, że w ciągu ostatnich trzech tygodni jego szpital "ledwo sobie radzi" ze zwiększoną liczbą chorych. Zapełnione pacjentami są również szpitalne oddziały ratunkowe, a jego przychodnie mają zapełniony terminarz wizyt.

Rzecz jasna, dwa lata temu nikt nie sugerował "izolacji" całej ludności USA, żeby "zapobiec nadmiernemu obciążeniu szpitali". Ale z wyjątkiem epidemii grypy sezonowej, która zapełnia szpitale chorymi, powinniśmy pamiętać, że – nawet jeśli szpitale wydają się być "przepełnione" – w rzeczywistości mogą nie być.

W styczniu 2018 roku Los Angeles Times opublikował raport, informujący o sytuacji szpitali w Los Angeles w czasie tej samej, wcześniej wspomnianej epidemii grypy na przełomie 2017 i 2018 roku:

Kalifornijskie szpitale zmagają się ze szturmem zagrypionych pacjentów

Pod koniec grudnia Ana Oktay zgłosiła się do szpitala z powodu trudności z oddychaniem, gorączki sięgającej prawie 39 stopni i kaszlu, który nie chciał ustąpić.

Spodziewała się, że lekarze wykryją u niej zapalenie płuc lub zapalenie oskrzeli.

"A oni zwyczajnie: to tylko grypa typu A. Wszędzie jej pełno" – powiedziała 49-letnia Oktay.

Wirus grypy typu A, znany jako H3N2, wywołuje u mieszkańców Kalifornii tak dokuczliwe dolegliwości, że w ostatnich tygodniach tysiące ludzi zgłosiło się do szpitali.

"Leżałam plackiem w łóżku przez 10 dni" – powiedziała Oktay, mieszkanka Palms. "Była to bez dwóch zdań najgorsza grypa w moim życiu".

Ogromna liczba chorych nadwyręża też personel szpitali, zmagający się z czymś, co może się okazać najgorszą w tej dekadzie epidemią grypy sezonowej w Kalifornii.

Szpitale w całym stanie rozsyłają karetki, ściągają pielęgniarki z innych stanów i zabraniają dzieciom odwiedzać swoich bliskich z obawy, że będą roznosić grypę. Inne odwołują planowe operacje i stawiają na parkingach namioty, by ustalać kolejność leczenia hord pacjentów z grypą.

Rozsyłanie karetek i ściąganie pielęgniarek? To brzmi, jakby naprawdę było wtedy źle.

Ale czy faktycznie było?

Producent filmu dokumentalnego "Vaxxed" i dziennikarz Del Bigtree udał się do szpitali, które według LA Times zostały w tym miesiącu wypełnione pacjentami, żeby osobiście zobaczyć, jak się przedstawia sytuacja:

Wygląda na to, że LA Times zrobił szum wokół problemów szpitali z radzeniem sobie z grypą, żeby promować szczepionki przeciw grypie. Jest to jeden z niezliczonych przykładów na to, dlaczego nie możemy sobie pozwolić na ślepe ufanie doniesieniom medialnym na temat zagrożeń zdrowotnych, czy czegokolwiek innego.

Dzisiaj regiony z małą liczbą stwierdzonych przypadków koronawirusa (w tym wiele bez) postawiły swoje szpitale w "stan pogotowia Covid-19". Takie rozwiązania nie pomogą pozostałej części populacji, czyli ponad 80 procentom tych, u których zakażenie przebiegać będzie łagodnie lub bezobjawowo, a którzy mimo wszystko wymagają opieki medycznej w leczeniu innych przewlekłych chorób. Pewnie, jeśli zgłosisz się z raną postrzałową lub przywiezie cię karetka, to raczej zostaniesz zbadany przez lekarzy. Tylko uważaj, żeby cię nie zaklasyfikowano jako "pacjenta z Covid-19", co najwyraźniej przytrafiło się tym ludziom:

Prasa naprawdę chce, żeby ludzie myśleli, że złapali koronawirusa i z tego powodu umarli.

Tak więc, czy przypadkiem fałszywe historie rozsiewane w mediach i przekształcanie szpitali w "centra walki z Covid-19", nie mają na celu wywołania wrażenia, że sytuacja "wymknęła się spod kontroli"?

Ocena tego, czy sytuacja "wymknęła się spod kontroli", zależy od kontekstu. Ogólnie rzecz biorąc, sytuacja w zachodniej opiece zdrowotnej od wielu lat jest "poza kontrolą" – lub mniej hiperbolicznie, "funkcjonuje poniżej optymalnych wskaźników". W grudniu 2012 roku Guardian napisał o szpitalach w Wielkiej Brytanii:

Niedobór łóżek w szpitalach, które pękają w szwach, osiągnął niebezpieczny poziom

Jak wynika z autorytatywnego raportu opartego na wewnętrznych danych NHS [Narodowej Służby Zdrowia], szpitale "pękają w szwach", a liczba pacjentów zajmujących łóżka sięga "niebezpiecznego" pułapu, co skutkuje tym, że personelowi z ledwością udaje się zachować bezpieczeństwo i standardy opieki nad chorymi.

Według oficjalnych statystystyk, zestawionych przez firmę informacyjną Dr Foster, która jest w połowie własnością rządu, wskaźnik obłożenia szpitali często znacząco przekracza 85%, czyli pułap, do którego pacjenci mogą liczyć na dobrą opiekę bez ryzyka zagrożeń dla ich zdrowia.

Analiza wykazała również, że śmiertelność w kilkunastu szpitalach w Anglii jest na "niepokojąco wysokim poziomie". W 12 z nich śmiertelność przekroczyła przewidywany poziom w dwóch spośród czterech szpitalnych zestawień śmiertelności.

Lekarze z dłuższym stażem ostrzegają, że wyniki tych badań odzwierciedlają ich coraz bardziej dramatyczne apele o zwiększenie liczby łóżek w związku z rosnącą liczbą nagłych przypadków oraz że nagminne przekraczanie 85-procentowego limitu skutkuje tym, że pacjenci – zwłaszcza osoby starsze – są rozsyłani po okolicznych szpitalach. Brak łóżek na oddziałach specjalistycznych powoduje, że pacjenci leżą na oddziałach, których personel może nie być przygotowany do zapewnienia im wymaganej opieki. Z powodu tego "przepełnienia" odwoływane są niektóre operacje, jak informują ordynatorzy.

To było 8 lat temu. Od tamtego czasu generalnie nic się nie zmieniło na lepsze z powodu corocznego uszczuplenia budżetu i ograniczania dostępnych usług. Sytuacja w Wielkiej Brytanii jest podobna do sytuacji w wielu innych krajach. A zatem, gdyby Covid-19 naprawdę powodował przepełnienie, w szpitalach nie byłoby miejsca na hordy ludzi, którzy – jak utrzymują media –potrzebują (lub "lada moment będą potrzebować") błyskawicznej interwencji z użyciem respiratorów, ratującej im życie. Co ciekawe, podczas gdy mówi się, że te szpitale są przeciążone i cierpią na niedobór personelu, to zwalnia się ich pracowników! Ale bez obaw, hordy nadciągają.

Czy to możliwe, że nie widzimy zatłoczonych szpitali wypełnionych po brzegi pacjentami z Covid-19, ponieważ dla większości ludzi wirus SARS-Cov-2 nie jest śmiertelny? Większość zarażonych przechodzi go bezobjawowe lub ma bardzo łagodne objawy. Jak informowaliśmy od samego początku tego fiaska, liczby użyte do obliczenia wskaźników śmiertelności, podawanych przez WHO, rządy wielu krajów i media, po prostu się nie zgadzają. Wskaźniki zakażeń i zgonów, (pewnie często) niesłusznie przypisywanych temu wirusowi, nie są nawet zbliżone do poziomu, który pozwalałby obiektywnie twierdzić, że wypełnia się scenariusz "olaboga, apokalipsa, wszyscy umrzemy!".

Tak więc po tygodniach czarnowróżenia i bicia na alarm my wciąż czekamy. Im dłużej potrwa ta farsa, tym więcej ludzi będzie kwestionować poczynania władzy. I powinni, tym bardziej, że właśnie bierzemy udział w masowym eksperymencie psychologicznym, dobrowolnie zgadzając się na bezterminowy areszt domowy.

To, co głoszą mass media i nasze rządy, wydaje się całkowicie sprzeczne z faktami. Nasze podstawowe wolności i prawa są nam odbierane z powodu zupełnie bezzasadnej reakcji na pojawienie się wirusa, który jak dotąd nie okazał się tak śmiertelny, jak nam powiedziano. Jeśli trwa prawdziwa pandemia, powinniśmy widzieć dużo więcej materiałów o przepełnionych szpitalach ze źródeł innych niż media głównego nurtu, wykorzystujące stare nagrania z Bergamo we Włoszech oraz przerażające wskaźniki śmiertelności dla podtrzymania dramaturgii. Ale takich materiałów nie widać.

Tłumaczenie: PRACowniA

translate | Sun, 19 Apr 2020 18:45:52 +0000

Koronawirus nie przyszedł z Chin: W Lombardii lekarze borykali się z „dziwnym zapaleniem płuc” już w listopadzie


Liu Zhen
South China Morning Post
22 marca 2020 r.

Komentarz SOTT: To niemal na pewno oznacza, że nie pochodzi on z Chin i krąży po świecie od wielu miesięcy.

Natomiast Wuhan – podobnie jak Bergamo, środkowy Iran i Madryt –  po prostu stały się ogniskami, przypuszczalnie ze względu na szereg lokalnych czynników.

Giuseppe Remuzzi, dyrektor Instytutu Badań Farmakologicznych Mario Negri w Mediolanie

W tym tygodniu jeden z czołowych ekspertów medycznych w Europie powiedział, że w północnych Włoszech "dziwne zapalenie płuc" grasowało już w listopadzie, wiele tygodni przed tym, jak lekarze zostali poinformowani o pojawieniu się koronawirusa w Chinach.

"[Lekarze rodzinni] pamiętają, że już w grudniu, a nawet w listopadzie, spotykali się z bardzo dziwnym zapaleniem płuc o wyjątkowo ciężkim przebiegu, szczególnie u osób starszych" – powiedział Giuseppe Remuzzi, dyrektor Instytutu Badań Farmakologicznych Mario Negri w Mediolanie, w wywiadzie dla National Public Radio of the United States.– Oznacza to, że wirus już krążył przynajmniej w [północnym regionie] Lombardii, i to zanim dowiedzieliśmy się o wybuchu epidemii w Chinach".

Komentarze Remuzziego pojawiły się, kiedy naukowcy wciąż szukają źródeł koronawirusa. Chiński ekspert od chorób układu oddechowego Zhong Nanshan powiedział wcześniej, że chociaż Chiny jako pierwsze doniosły o istnieniu patogenu, to nie było wtedy pewności, co do jego pochodzenia.

Komentarz SOTT: Chiny w zasadzie rozgryzły globalny problem, którego istnienia zachodnie autorytety – z lekarzami włącznie – nie były świadome aż do stycznia. I za to nazywa się je "wirusowym terrorystą".

Remuzzi powiedział, że dopiero niedawno usłyszał od włoskich lekarzy o tej chorobie płuc, co oznacza, że wcześniej ludzie nie wiedzieli o jej istnieniu i rozprzestrzenianiu się.

Mimo że informacje o pierwszych lokalnych zarażeniach koronawirusem napłynęły dopiero 21 lutego (z Lombardii) – poprzednie przypadki to chorzy, który zarazili się od obcokrajowców – od tego czasu w całych Włoszech zarejestrowano ponad 53000 potwierdzonych infekcji i 4825 zgonów z powodu Covid-19, choroby wywołanej przez ten patogen. Dla porównania w Chinach odnotowano nieco ponad 81000 przypadków i 3261 ofiar śmiertelnych.

Włochy, jako pierwszy kraj, już 31 stycznia zawiesiły wszystkie loty do Chin.

Komentarz SOTT: Ta decyzja, podobnie jak wszystkie inne środki mające powstrzymać wirusa, okazała się całkowicie bezsensowna. Ten wirus był już od dawna WSZĘDZIE.

W środkowo-chińskim mieście Wuhan, gdzie po raz pierwszy rozpoznano epidemię, lekarze zaczęli w grudniu odnotowywać przypadki "zapalenia płuc z nieznanej przyczyny". Pierwsza znana infekcja w tym mieście datowana jest na 1 grudnia. Z raportu South China Morning Post wynika, że pierwszy przypadek w Chinach mógł pojawić się już w połowie listopada, ale nie zostało to potwierdzone przez Pekin.

Obecnie wśród naukowców przeważa opinia, że pierwsza infekcja w Lombardii była wynikiem kontaktu Włocha z Chińczykiem pod koniec stycznia. Gdyby jednak przyjąć, że nowy koronawirus – oficjalnie znany jako SARS-CoV-2 – krążył we Włoszech już w listopadzie, ta teoria traci sens.

Debata na temat możliwego pochodzenia patogenu znalazła się również w samym sercu wojny słownej między Pekinem a Waszyngtonem, gdy prezydent USA Donald Trump wielokrotnie nazwał go "chińskim wirusem", a sekretarz stanu USA Mike Pompeo –"wirusem z Wuhan", co mocno irytowało Pekin.

Rzecznik chińskiego MSZ Zhao Lijian kwestionował na Twitterze te stwierdzenia.

"Nazywając go »chińskim wirusem« i sugerując w ten sposób jego pochodzenie bez żadnych potwierdzających faktów czy dowodów, niektóre media wyraźnie chcą obwinić Chiny, obnażając swoje ukryte motywy" – powiedział.

Następnie zasugerował, że epidemia koronawirusa mogła się zacząć w Stanach Zjednoczonych, skąd została przeniesiona do Wuhanu przez armię amerykańską.

Komentarz SOTT: Otwartym pozostaje pytanie, dlaczego epidemia aż tak mocno dotknęła jedną prowincję (Bergamo) jednego regionu (Lombardii) na północy Włoch?

Nie znamy na nie odpowiedzi, ale warto zauważyć, że Chiny potraktowały zachorowania na tyle poważnie, aby podjąć w Wuhanie działania, których następstwem było zidentyfikowanie winowajcy (SARS-COV-2), odczytanie jego genomu i poinformowanie świata o tym, co jest nieskuteczne, a co pomaga złagodzić skutki infekcji i uratować niektórym ludziom życie.

Włochy, UE, USA, NATO i zadufany w sobie "świat Zachodni" tego nie zrobiły.

Nawiasem mówiąc, pojawienie się tej "dziwnej epidemii zapalenia płuc" zeszłej jesieni pokrywa się z naszymi własnymi przeżyciami. Na początku grudnia jeden z naszych redaktorów zachorował i podejrzewaliśmy "kryptogeniczne zapalenie płuc" – termin używany przez ekspertów na określenie wszelkich możliwych odmian "zapalenia płuc nieznanego pochodzenia".

Jednak spośród kilku lekarzy żaden nie potrafił postawić diagnozy, a obraz rentgenowski interpretowali jako nowotwór. Nawet kiedy biopsje go wykluczyły, żaden NIE wziął pod uwagę możliwości infekcji nieznanym wirusem!

Koronawirus mógł krążyć po całym świecie znacznie dłużej niż sądzono. Jeśli tak, to wyraźnie widać jak nieuzasadniona jest obecna panika, a co gorsza, jak się ją nakręca w interesie nikczemnych geopolitycznych i socjotechnicznych gier.

Tłumaczenie: PRACowniA
Artykuł na SOTT: Coronavirus Did NOT Originate in China: Lombardy Doctors Have Been Dealing With ‚Strange Pneumonia' Since at Least NOVEMBER

translate | Tue, 14 Apr 2020 21:13:05 +0000

Koronawirus zamiast wojny


Stalker Zone
Valentin Katasonov
25 marca 2020 r.

90 lat temu, w październiku 1929 roku, panika na nowojorskiej giełdzie towarowej wyznaczyła początek globalnego kryzysu gospodarczego. Pod koniec roku panika ta wyszła daleko poza giełdę. Pozamykano działalność, dziesiątki a potem setki tysięcy ludzi straciły pracę, a amerykańskie firmy – zarówno te drobne, jak i wielkie – zbankrutowały…

W 1930 roku kryzys objął Europę, Amerykę Łacińską, wreszcie cały świat. Spadek produkcji (recesja) trwał do 1933 roku. Dochód narodowy Ameryki spadł z 87,8 miliarda dolarów w 1929 r. do 40,2 miliarda w 1933. Upadło ponad 135 000 przedsiębiorstw handlowych, przemysłowych i finansowych. W ciągu tych trzech lat kryzysu zbankrutowała prawie połowa amerykańskich banków.

Po recesji zaczął się okres stagnacji. W wielu krajach władze podejmowały tytaniczny wysiłek, żeby wydźwignąć swoją gospodarkę z bagna zastoju. Na popularności zyskały idee angielskiego ekonomisty Johna Keynesa, który zalecał ingerencję państwa w procesy gospodarcze (czyli tzw. interwencjonizm państwowy).

Według Keynesa główną przyczyną kryzysu była rozbieżność między podażą dóbr i usług a popytem na nie. Przed Keynesem, jeszcze w latach sześćdziesiątych XIX w. pisał o tym Karol Marks w swoim "Kapitale". Marks był przekonany, że w ramach kapitalistycznego modelu produkcji ta sprzeczność jest nie do pokonania. Keynes był innego zdania i proponował zrekompensowanie braku pokrytego środkami popytu ze strony społeczeństwa wykorzystaniem budżetu państwa na zakup dóbr i składanie zamówień. Według niego zamówienia wojskowe oraz państwowe wydatki na zbrojenie i armię wystarczyłyby w zupełności na skompensowanie niedostatecznego popytu społecznego. Jego zdaniem w celu zwiększenia wydatków społeczeństwa można było dopuścić deficyt w budżecie państwowym, który zostałby wyrównany poprzez pożyczki publiczne i wzrost zadłużenia zagranicznego. Można o tym wszystkim przeczytać w słynnej książce Keynesa pt. "Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza" (1936).

Zachód próbował zastosować receptę Keynesa do wyjścia z trudnej sytuacji gospodarczej. Władze USA wprowadziły cały szereg najbardziej spójnych idei tego angielskiego ekonomisty. Praktyczne wprowadzanie ich w życie rozpoczęło się w 1933 roku, kiedy w Białym Domu pojawił się Franklin Roosevelt ze swoim programem Nowego Ładu (New Deal), mającym złagodzić socjoekonomiczną sytuację w kraju. Program prac publicznych (budowa dróg, rekultywacja gruntów, kopanie kanałów, sadzenie lasów i inne prace fizyczne, niewymagające szczególnych kwalifikacji robotników) był pokrywany z państwowych pieniędzy. Zapewnił on zatrudnienie i minimalne wynagrodzenie, wystarczające na utrzymanie się przy życiu milionom zwykłych Amerykanów, ale nie był w stanie wyciągnąć Ameryki ze stagnacji. Władzom nie udało się nawet zwalczyć biedy. Amerykanie przyznali, że w okresie kryzysu i depresji w USA głód, w zależności od źródeł, zabił od 5 do 6 milionów ludzi. Podobnie w Europie, stagnacja utrzymywała się, a społeczeństwo było ubogie.

Jedynymi wyjątkami były ZSRR i Niemcy. W latach trzydziestych XX w. Związek Radziecki rozwijał się dynamicznie, wprowadzał uprzemysłowienie i demonstrował światu przewagę socjalistycznego modelu ekonomii gospodarczej. Niemcy, które początkowo wraz z innymi zachodnimi krajami doświadczały stagnacji, po dojściu Hitlera do władzy w 1933 r.  też zaczęły się dynamicznie rozwijać; kraj przeżywał "cud gospodarczy", zawdzięczał go jednak pieniądzom od amerykańskich, i po części brytyjskich, bankierów, którzy przygotowywali Hitlera do marszu na wschód przeciwko Związkowi Radzieckiemu.

Metody keynesiańskie nie przyniosły cudu. Wyczerpano wszelkie dostępne wówczas sposoby ożywienia gospodarki. Dla Zachodu było to szczególnie przerażające, zwłaszcza na tle bardzo dynamicznej gospodarki ZSRR – taki kontrast w dynamice rozwoju gospodarczego, jaki istniał pomiędzy ZSRR i krajami kapitalistycznymi mógł doprowadzić do ostatecznego zwycięstwa na świecie socjalizmu. Taka perspektywa nieuchronnie podsunęła kręgom rządzącym na Zachodzie ideę, że jedynym wyjściem ze stagnacji gospodarczej, która stała się już stanem chronicznym, jest wojna. I to nie byle jaka wojna, ale porządna – wojna światowa.

Na przykładzie I wojny światowej Stany Zjednoczone nauczyły się, że globalne konflikty zbrojne mogą radykalnie zmienić sytuację ekonomiczną kraju. W przededniu I wojny światowej USA były największym na świecie dłużnikiem (w sensie zadłużenia sektora prywatnego; jeśli chodzi o dług publiczny, na pierwszym miejscu był carska Rosja). Pod koniec wojny Ameryka stała się największym wierzycielem netto, a dolar amerykański stał się walutą światową, wraz z brytyjskim funtem.

Stany Zjednoczone, Anglia, Francja, Niemcy Włochy, Japonia i inne wiodące państwa kapitalistyczne zaczęły przygotowywać się do II  wojny światowej. Panowało przekonanie, że wojna anuluje wszelkie długi, zniknie nierównowaga w gospodarce, a gwałtowny rozwój zacznie się od zresetowania bilansu gospodarki krajowej. Kraje zadłużone marzyły, że zwyciężą w wojnie, a nawet że zniszczą swoich kredytodawców. Natomiast kredytodawcom marzyło się, że zdobędą rynki i zasoby naturalne dłużników oraz miliardy dolarów w reparacjach od pokonanych. W tych zaangażowanych w wojnę krajach wprowadzono moratorium na dotychczasowe reguły gospodarki rynkowej i państwo twardą ręką wyrównało narosłe zakłócenia równowagi (popytu i zobowiązań), powołując się na stan wojny. Wojna jest dla państwa potężnym argumentem, pozwalającym narzucić żelazny porządek w gospodarce kapitalistycznej przy użyciu metod administracyjnych i sterowania. Tego nie osiągnie żaden keynesizm. I tak to II wojna światowa, która rozpoczęła się 1 września 1939 r., stała się sposobem na wyprowadzenie światowego kapitalizmu z niebezpiecznie przedłużającej się stagnacji.

Przenieśmy się teraz w XXI wiek. W latach 2007-2009 świat doświadczył globalnego kryzysu finansowego i gospodarczego. Kryzys ten nie doprowadził do wyeliminowania wszystkich nagromadzonych zaburzeń równowagi w gospodarce. Po zakończeniu ostrej fazy (recesji) w 2009 r. nastąpiła stagnacja (depresja), po której powinno nastąpić ożywienie gospodarcze. Przez rok, dwa lata, trzy lata spodziewano się ożywienia, ale oczekiwania się nie spełniły. Obecnie mamy rok 2020, a ożywienia wciąż nie widać.

Dla porównania: w latach 30. stagnacja trwała od 1933 do 1939 roku, czyli 6 lat. Dotkliwa, utrzymująca się zapaść, przerwana przez wojnę. Stagnacja po kryzysie 2007-2009 trwa już 11 lat. Znowu bolesny rozkład, tym razem prawie dwukrotnie dłuższy. W pewnym sensie sytuacja pogrążonego w stagnacji Zachodu w XXI wieku jest lepsza niż w latach trzydziestych, ponieważ ZSRR z dynamicznie rozwijającą się gospodarką już nie istnieje. Zniknęła radziecka konkurencja dla Zachodu, są za to Chiny z niespotykaną dotąd dynamiką wzrostu gospodarczego. Dynamikę gospodarczą Chin w ciągu ostatnich trzech dekad zdecydowanie można nazwać fazą ożywienia. Żaden kraj zachodni w całej historii kapitalizmu nie doświadczył tak długotrwałego wzrostu. Zachód musi więc coś z tym zrobić.

Oczywiście przedstawiciele zachodnich kręgów rządzących niejednokrotnie wpadali na pomysł rozpętania wielkiej wojny i wykorzystania jej ponownie do przezwyciężenia przeklętych sprzeczności kapitalistycznego sposobu produkcji. Idea ta jest niezmiernie kusząca, ale jednocześnie śmiertelnie niebezpieczna. Wszak dwie poprzednie wojny trzymały się z dala od broni jądrowej i innej broni masowego rażenia (BMR). Trzecia wojna światowa nieuchronnie będzie wymagała użycia broni masowego rażenia.

Potrzebne było więc coś, co zastąpiłoby wojnę światową – coś, co mogłoby w cudowny sposób wyrównać nierównowagę gospodarki kapitalistycznej, ożywić ją i jednocześnie utrzymać status quo elity rządzącej.

Alternatywą dla gorącej wojny może być zimna wojna, którą dziś często nazywa się wojną hybrydową. Wiąże się ona z wykorzystaniem narzędzi finansowych, handlowych i ekonomicznych, psychologicznych, informacyjnych, broni cybernetycznej, specjalnych metod służb specjalnych do walki z wrogiem, ale to wszystko nie daje władzom możliwości przejścia od rynkowych metod zarządzania gospodarką do metod administracyjnych i metod gospodarki nakazowej. A tylko za pomocą tych ostatnich można przezwyciężyć nagromadzony brak równowagi w gospodarce.

I wtedy pojawił się koronawirus. Władze zaczęły wyolbrzymiać zagrożenie, tworząc w społeczeństwie atmosferę strachu. Wykorzystując strach, rząd otrzymuje nieograniczoną władzę i zaczyna aktywnie ingerować w gospodarkę. Takie metody są sprzeczne z zasadami "cywilizowanego" kapitalizmu, ale jak mówią, zarządzanie administracyjne i nakazowe nie będzie trwało wiecznie. Jak tylko zostaną skorygowane zakłócenia w gospodarce, wszystko wróci do normy: wrócą rynkowe metody zarządzania, zostanie przywrócony "cywilizowany" kapitalizm i rozpocznie się ożywienie, które następnie przerodzi się we wzrost gospodarczy…

Eksperci twierdzą, że "stan wyjątkowy" potrwa do końca roku. Maksymalnie, do połowy następnego. "Wojna wirusowa" będzie błyskawiczna i zwycięska. W tym czasie nastąpią masowe bankructwa, zlikwidowane będą długi i roszczenia o kwoty mierzone w bilionach dolarów. Nastąpi deflacja baniek na giełdzie i innych rynkach finansowych, na rynkach towarowych i nieruchomości. Kapitalizacja spółek (tj. ich wartość giełdowa) spadnie o wiele bilionów dolarów. Gospodarka znów zacznie "oddychać", rozpocznie się ożywienie, które następnie przekształci się w długo oczekiwany wzrost.

Należy zauważyć, że "wojna wirusowa" zakończy się nie wtedy, gdy statystyki medyczne wykażą znaczny spadek liczby osób zakażonych i zmarłych z powodu koronawirusa, ale wtedy, kiedy giełda i inne rynki osiągną dno. W tym momencie posiadacze pieniędzy będą kupować zdewaluowane aktywa i osiągną nowy poziom kontroli nad światową gospodarką. Decyzja o zakończeniu "wojny wirusowej" zostanie podjęta nie przez epidemiologów, a przez właścicieli pieniędzy.

Potem rozpocznie się wzrost gospodarczy. Kiedy się skończy, gospodarka pogrąży się w kolejnej recesji, a wtedy rządzące na Zachodzie środowiska znowu wymyślą jakiegoś wirusa. I znów powtórzy się spektakl pod tytułem "walka z pandemią". To jest główny nowy schemat cyklu gospodarczego. Można go uczciwie nazwać cyklem wirusowo-ekonomicznym.

Właściciele pieniędzy, którzy zorganizowali obecną pandemię, nie potrzebują niekończącego się, cyklicznego rozwoju gospodarczego. I tak naprawdę nie potrzebują kapitalizmu. Interesuje ich ostateczny cel – władza nad światem. Marzą o ustanowieniu nowego ładu światowego, gdzie nie będzie państw narodowych, gdzie powstanie rząd światowy. Ten porządek nie będzie już miał nic wspólnego z klasycznym kapitalizmem. Można go nazwać nowym systemem niewolniczym lub nowym feudalizmem.

Wojna wirusowa, która się rozpoczęła, ujawniła plany światowej elity, jej agentów i wiele sekretów ich wywrotowej działalności. Pandemia sprawi, że miliony ludzi na świecie będą myśleć o tym, o czym wcześniej nie myśleli, wierząc, że projekt nowego ładu światowego to produkt wyobraźni bandy wyznawców teorii spiskowych. Rezultatem będzie (już jest) gotowość milionów ludzi na całym świecie do walki. Nie, nie przeciwko koronawirusowi – tym niech zajmą się lekarze i inni specjaliści, ale przeciwko właścicielom pieniędzy.

Komentarz SOTT: Jak dowodzi historia zarówno komunizmu, jak i kapitalizmu, problemem nie jest to, który z tych systemów jest lepszy, ale to, że każdy z nich ostatecznie pada ofiarą psychopatów sprawujących władzę.

Zobacz: Political Ponerology: A Science on The Nature of Evil adjusted for Political Purposes [Na Pracowni: Ponerologia polityczna. Nauka o naturze zła w adaptacji do zagadnień politycznych]

Przeczytaj też:

I posłuchaj audycji radia SOTT:

Tłumaczenie: PRACowniA
Artykuł na SOTT: Coronavirus as a substitute for world war

translate | Sat, 11 Apr 2020 11:37:48 +0000

Czeka nas fiasko? W sprawie koronawirusa podejmujemy decyzje bez wiarygodnych danych


John P.A. Ioannidis
STAT News
17 marca 2020
Tłumaczenie: Piotr Bystranowski, komentarze dodane

© Paul Sancya/AP

Covid-19, choroba wywoływana przez rozprzestrzeniającego się obecnie wirusa, przyjęła obecnie formę pandemii, jaka zdarza się raz na sto lat. Niestety, zaistniała sytuacja może się okazać porażką w posługiwaniu się danymi – porażką, jaka zdarza się raz na sto lat.

Od polityków podejmujących kluczowe decyzje i naukowców modelujących przebieg pandemii po zwykłych ludzi poddawanych kwarantannie czy praktykujących social distancing – wszystkim nam potrzeba w tym momencie informacji dobrej jakości. Tymczasem brakuje wiarygodnych danych co do tego, ilu ludzi zaraziło się wirusem SARS-CoV-2 albo kto pozostaje nim zakażony. Informacje dobrej jakości są niezbędne, by kierować podejmowaniem decyzji i działań o niewyobrażalnym znaczeniu i by oceniać ich skutki.

Wiele krajów podjęło już drakońskie środki zaradcze. Jeśli zaraza ustąpi – sama z siebie albo pod wpływem podjętych działań – skrajne rozwiązania krótkoterminowe, takie jak social distancing czy zakaz wychodzenia z domu, mogą okazać się możliwe do zniesienia. Ale jak długo środki tego typu powinny być utrzymane, jeśli niesłabnąca pandemia będzie dalej podróżować przez świat? W jaki sposób polityczni decydenci mogą rozpoznać, czy ich działania przynoszą więcej szkody czy pożytku?

Opracowanie i przetestowanie szczepionek i skutecznych lekarstw jest zazwyczaj kwestią wielu miesięcy czy nawet lat. Przy takim horyzoncie czasowym skutki długotrwałych zakazów poruszania się w przestrzeni publicznej są absolutną niewiadomą.

Obecnie dostępne dane co do tego, ilu ludzi jest zarażonych i w jaki sposób epidemia się rozwija, są zupełnie niewiarygodne. Ograniczony zakres przeprowadzania testów oznacza, że część zgonów spowodowanych SARS-CoV-2 i prawdopodobnie znaczna większość zarażeń tym wirusem nie są uwzględniane w analizach. Nie wiemy, czy dostępne nam liczby należałoby pomnożyć przez trzy czy też raczej przez trzysta. Mijają trzy miesiące od wybuchu zarazy, a większości krajów, ze Stanami Zjednoczonymi na czele, brakuje zdolności do przeprowadzenia testów na dużych grupach ludzi. Żaden kraj nie pozyskał danych na temat proporcji osób zakażonych w losowo dobranej, reprezentatywnej dla ogółu społeczeństwa próbie.

Ta porażka w pozyskiwaniu danych skutkuje potężną niepewnością co do śmiertelności powodowanej przez Covid-19. Oficjalne statystyki śmiertelności – jak np. 3,4% podawane przez Światową Organizację Zdrowia – są tyleż przerażające, co bezsensowne. Wśród pacjentów przetestowanych na obecność wirusa SARS-CoV-2 są nadreprezentowane osoby z poważnymi objawami; osoby, dla których tragiczne skutki choroby są bardziej prawdopodobne. Ograniczone możliwości testowe większości systemów ochrony zdrowia oznaczają, że ta nadreprezentacja może wzrastać w przyszłości.

Jedyną sytuacją, w której cała, odizolowana społeczność została poddana testowi, był przypadek pasażerów wycieczkowca Diamond Princess, wśród których śmiertelność wyniosła 1,0%. Pamiętać przy tym należy, że była to populacja w zaawansowanym wieku, w której śmiertelność może być wyższa niż w populacji ogólnej.

Komentarz SOTT: Diamond Princess to również dobry model dla poznania zakaźności wirusem. Spośród wszystkich osób uwięzionych na statku razem z zakażonymi i chorymi aż 83% nie zachorowało.

Zob.: Coronavirus hysteria: The Diamond Princess cruise ship does not fit the media narrative

Projektując statystyki śmiertelności z Diamond Princess na strukturę wiekową populacji Stanów Zjednoczonych, uzyskuje się współczynnik śmiertelności dla zakażonych Covid-19 na poziomie 0,125%. Wziąwszy jednak pod uwagę, że ten szacunek oparty jest na niezwykle skąpych danych – było tylko siedem przypadków zgonów na 700 pasażerów i członków załogi – okazuje się, że prawdziwy współczynnik śmiertelności może być równie dobrze pięć razy mniejszy (0,025%), jak i pięć razy większy (0,625%). Możliwe jest również, że niektórzy zakażeni pasażerowie umrą później albo że częstość występowania chorób przewlekłych – a to czynnik ryzyka przy zakażeniu SARS-CoV-2 – jest inna wśród turystów niż w ogóle populacji. Po uwzględnieniu tych dodatkowych źródeł niepewności, rozsądne szacunki współczynnika śmiertelności w ogóle w populacji Stanów Zjednoczonych mogą sytuować się gdziekolwiek między 0,05% a 1%.

Ta duża niepewność co do współczynnika śmiertelności wpływa na to, za jak poważną należy uznać tę pandemię i jakie działania powinny być podjęte w jej obliczu. Współczynnik śmiertelności w wysokości 0,05% jest niższy niż ten dla grypy sezonowej. Jeśli byłby prawdziwy, wstrzymywanie funkcjonowania całego świata, z potencjalnie straszliwymi konsekwencjami społecznymi i finansowymi takiego działania, byłoby zupełnie nieracjonalne. Taką reakcję można by porównać do reakcji słonia, który, zaatakowany przez kota domowego i sparaliżowany nagłym strachem, przypadkowo spada w przepaść i ginie.

Czy jednak współczynnik śmiertelności Covid-19 faktycznie może być aż tak niski? Niektórzy mówią, że to niemożliwe, wskazując na wysoki odsetek zgonów wśród osób starszych. Ale pamiętać należy, że niektóre znane od dekad, łagodne, powodujące zwykłe przeziębienie koronawirusy mogą doprowadzić do śmiertelności na poziomie nawet 8%, gdy zainfekują starszych ludzi mieszkających w domach opieki. Miliony ludzi zarażają się każdego roku takimi "łagodnymi" koronawirusami, które odpowiadają za 3 do 11% przypadków osób hospitalizowanych każdej zimy w Stanach Zjednoczonych z powodu infekcji dolnych dróg oddechowych.

Owe "łagodne" koronawirusy odpowiadają być może każdego roku za wiele tysięcy zgonów na całym świecie. Ale większość tych przypadków śmiertelnych nigdy nie została zbadana przy pomocy dokładnych testów, więc pozostają one przeoczone pośród corocznych 60 milionów zgonów z rozmaitych przyczyn.

Choć od dawna dysponujemy skutecznymi systemami monitoringu grypy, choroba ta jest potwierdzana laboratoryjnie jedynie w niewielkim ułamku przypadków. W tym sezonie grypowym w Stanach Zjednoczonych, na przykład, do tej pory przetestowano 1 073 976 próbek, z których 222 552 (20,7%) dało wynik dodatni. Zarazem szacowana liczba przypadków chorób okołogrypowych sytuuje się między 36 000 000 a 51 000 000, co prowadzi do szacowanych od 22 000 do 55 000 zgonów z powodu grypy.

Zwróćmy uwagę na niepewność co do liczby zgonów spowodowanych grypą: górny szacunek jest 2,5-krotnością dolnego, co przekłada się na dziesiątki tysięcy zgonów. Każdego roku część z tych zgonów jest skutkiem grypy, a część skutkiem zakażenia innymi wirusami, w rodzaju koronawirusów powodujących przeziębienie.

W serii badań nad próbkami pobranymi z ciał 57 starszych osób, które zmarły podczas sezonu grypowego 2016/17, wirusy grypy odkryto w 18% próbek, a jakikolwiek rodzaj wirusa (grypy lub innego) odpowiedzialnego za infekcje dróg oddechowych – w 47%. W ciele niektórych ludzi zmarłych wskutek wirusowych patogenów układu oddechowego można odnaleźć kilka rodzajów wirusów, a czasem również bakterie. Oznacza to, że pozytywny wynik testu na koronawirusa nie oznacza, że wirus ten był na pewno główną przyczyną zgonu pacjenta.

Załóżmy, że śmiertelność wśród osób zakażonych SARS-CoV-2 wynosi 0,3%, co stanowi umiarkowane oszacowanie na podstawie mojej analizy przypadku Diamond Princess, oraz że 1% populacji Stanów Zjednoczonych zakazi się wirusem (około 3,3 miliona ludzi). To oznaczałoby około 10 000 zgonów. Liczba ta wydaje się znacząca, jednak z łatwością ukryje się wśród zgonów na skutek chorób okołogrypowych. Gdybyśmy w ogóle nie wiedzieli o nowym wirusie i nie badali pacjentów przy pomocy badań typu PCR [polymerase chain reaction], ogólna liczba zgonów z powodu chorób okołogrypowych nie wydawałaby się w tym roku nadzwyczajnie duża. W najgorszym wypadku uznalibyśmy po prostu, że tegoroczny sezon grypowy jest nieco gorszy od poprzedniego. Uwaga mediów poświęcona temu zjawisku nie byłaby większa od tej, z którą spotyka się mecz koszykówki między dwiema drużynami ze środka tabeli.

Komentarz SOTT: W tym właśnie rzecz. Wygląda na to, że jakoby niezwykłe zjawisko pt. COVID-19 zawdzięczamy jedynie temu, że jeden z corocznych wirusów został wychwycony, a następnie wypromowany przez media. Gdyby taka analiza, a potem nagłośnienieodbywały się w każdym sezonie grypowym, żylibyśmy w nieustannej kwarantannie. Innymi słowy, gdyby nie media mainstreamowe i sici spłecznościowe, nie byłoby paniki związanej z koronawirusem i obecny sezon grypowy minąłby niezauważony, jak większość poprzednich.

Poniżej niemiecki specjalista, dr Wolfgang Wodarg wyjaśnia, jak zwykłą rzeczą jest zachorować na grypę czy złapać przeziębienie spowodowane jednym z koronawirusów.

Niektórzy martwią się, że 68 zgonów z powodu Covid-19 w Stanach Zjednoczonych (stan na 16 marca) może wzrosnąć wykładniczo do 680, 6 800, 68 000, 680 000… zgodnie z podobnie katastroficznymi trendami w reszcie świata. Czy jest to realistyczny scenariusz, czy raczej kiepskie science fiction? Jak ustalić, kiedy ta krzywa zacznie się spłaszczać?

Najlepszym rodzajem informacji, który pomógłby nam odpowiedzieć na te pytania, byłaby proporcja zakażonych w losowo dobranej próbie populacji. Musielibyśmy powtarzać takie badanie w regularnych odstępach czasu, by oszacować częstość występowania nowych zakażeń. Niestety, do informacji tego rodzaju dostępu nie mamy.

W braku danych, jesteśmy skłonni do rozumowania w kategoriach "przygotuj się na najgorsze". To prowadzi nas do praktykowania social distancing i zamykania przestrzeni publicznych. Niestety, nie mamy pojęcia, do jakiego stopnia te środki zaradcze są skuteczne. Zamknięcie szkół, by sięgnąć do tego przykładu, może ograniczyć szybkość rozprzestrzeniania się wirusa. Ale może również przynieść skutek odwrotny do zamierzonego, jeśli dzieci mimo wszystko będą spędzać czas z rówieśnikami, jeśli będą spędzać więcej czasu ze starszymi członkami rodziny, jeśli ich pozostanie w domu pogorszy warunki pracy rodziców itd. Zamknięcie szkół może również zmniejszyć szanse wytworzenia się odporności stadnej w grupie wiekowej, u której wirus nie prowadzi do rozwinięcia się poważnej choroby.

Komentarz SOTT: A może o to chodzi? Może próbują zapobiec tym infekcjom, bo… wiedzą, że może to być w jakiś sposób korzystne dla ludzi?

Taką właśnie perspektywę przyjął rząd Wielkiej Brytanii, przez co szkoły pozostają tam otwarte (przynajmniej w momencie, w którym piszę te słowa). Z braku danych na temat rzeczywistego przebiegu epidemii, nie wiemy, czy ta decyzja była błyskotliwa, czy raczej katastrofalna.

Spłaszczanie krzywej w celu uniknięcia przeciążenia systemu ochrony zdrowia jest podejściem spójnym – w teorii. Obrazek, która rozprzestrzenia się w mediach i na platformach społecznościowych, pokazuje, jak spłaszczenie krzywej ogranicza tę część epidemii, która jest powyżej progu wytrzymałości tego systemu.

Ale jeśli system ochrony zdrowia nie wytrzyma naporu choroby, to większość zgonów tym spowodowanych może być skutkiem nie tyle koronawirusa, co innych chorób i przypadłości w rodzaju ataków serca, wylewów, krwotoków i tym podobnych, które nie zostaną poddane właściwemu leczeniu. Jeśli epidemia przybierze rozmiary, których opieka zdrowotna nie udźwignie, a skrajne środki zaradcze okażą się mało skuteczne, to spłaszczanie krzywej może w istocie pogorszyć sprawę. System opieki zdrowotnej, zamiast krótkiego, drastycznego szoku, będzie musiał bowiem radzić sobie z epidemią przez dłuższy czas. To kolejny powód, dla którego potrzebujemy danych na temat faktycznego poziomu, na jakim obecnie znajduje się epidemia.

Jedną z konkluzji jest to, że nie wiemy, na ile środki takie jak social distancing i zamykanie przestrzeni publicznych mogą być utrzymane bez ogromnych konsekwencji dla gospodarki, społeczeństwa i zdrowia psychicznego. A te mogą przybrać nieprzewidywalne rozmiary: kryzys finansowy, niepokoje społeczne, rozruchy, wojny, rozpad tkanki społecznej itd. Potrzebujemy rzetelnych danych na temat częstości występowania wirusa, by móc odpowiedzialnie podejmować decyzje w tak trudnych warunkach.

W najbardziej pesymistycznym scenariuszu, o którego trafności nie jestem przekonany, zakażenie wirusem 60% światowej populacji i śmierć 1% zakażonych doprowadzi do 40 milionów zgonów na całym świecie, co odpowiada stratom spowodowanym przez epidemię grypy z 1918 roku.

Olbrzymia część tej hekatomby byłaby udziałem osób o ograniczonej przewidywanej liczbie lat do przeżycia. I to byłaby główna różnica w porównaniu z 1918 rokiem, kiedy zginęło wielu młodych ludzi.

Możemy mieć nadzieję, że tak jak w roku 1918, życie jakoś potoczy się dalej. Ale w sytuacji zamknięcia przestrzeni publicznych na miesiące, jeśli nie lata, życie przestaje toczyć się jakimkolwiek torem, krótko- i długoterminowe konsekwencje są całkowicie nieznane, a stawką mogą być nie miliony, lecz miliardy istnień ludzkich.

Decydując się na skok w przepaść powinniśmy wymagać danych, które wskażą nam na rację za takim działaniem i pokażą prawdopodobieństwo tego, że bezpiecznie gdzieś wylądujemy.

John P.A. Ioannidis – profesor medycyny, epidemiologii, zdrowia publicznego i statystyki w Stanford Prevention Research Center na Uniwersytecie Stanforda, jeden z dyrektorów Stanford's Meta-Research Innovation Center, członek rad redakcyjnych wielu czasopism naukowych (m.in. "PLoS Medicine", "Lancet", "Annals of Internal Medicine"), autor kilku książek oraz często komentowanego artykułu pt. Why Most Published Research Findings Are False, jeden z najczęściej cytowanych obecnie naukowców.

Źródło tłumaczenia: Filozofia w Praktyce
Artykuł na SOTT: World's leading epidemiologist John Ioannidis on COVID-19 fiasco: ‚We are making decisions without reliable data'
Komentarze SOTT przetłumaczone i dodane przez Pracownię

Poniżej godzinny wywiad z drem Ioannidisem, będący rozszerzeniem artykułu. Pod wideem nasze streszczenie wybranych fragmentów.

Ioannidis podaje przykład Islandii, która zaoferowała regularne dostarczanie danych do badań nad rozprzestrzenianiem się SARS-Cov2 i jego zjadliwością. Jak dotąd, wskaźnik zakaźności wynosi tam 0,9%, co oznacza 3500 zakażonych na 360 tys. mieszkańców. Jeden zgon (co się przekłada na wskaźnik śmiertelności 0,03%) i trochę ludzi z poważnymi objawami. Z upływem czasu wskaźniki mogą się zmienić – w górę lub w dół – ale Ioannidis raczej nie spodziewa się zobaczyć wyższego wskaźnika śmiertelności, niż ten towarzyszący grypie sezonowej (0,10%).

Innym polem do badań jest miasteczko Vo' w prowincji Padwa, gdzie przetestowano całą populację 3300 osób. Wskaźnik zakaźności w trzecim tygodniu lutego wynosił tam ok. 3%.

Dalej Ioannidis rozważa, dlaczego właśnie Włochy zostały wyjątkowo dotkliwie dotknięte epidemią, i przestrzega przed ekstrapolowaniem pochodzących stamtąd danym na inne kraje bez uwzględnienia średniej wieku populacji (zwłaszcza Lombardii) i jej ogólnego stanu zdrowia (zły) przed epidemią.

O społecznym dystansie i auto-izolacji: działało na Tajwanie i w Korei Płd, bo była tam powszechna diagnostyka. Nie wiadomo jednak, co jest najlepszą strategią na Zachodzie i w innych krajach, bo brakuje danych. Jeśli zamkniemy każdego w domu, to teoretycznie powstrzymujemy rozprzestrzenianie się wirusa, ale wiąże się to z całą masą konsekwencji, takich jak zrujnowana gospodarka, a następnie bezrobocie, bieda, upadłość przedsiębiorstw, oraz wiele chorób powiązanych z takim ekonomiczno-społecznym kryzysem. Istnieją liczne dowody na to, taka sytuacja prowadzi do wzrostu depresji, lęków, samobójstw, zawałów. Prawdopodobnie spowoduje to więcej zgonów niż sam koronawirus. Zwłaszcza że, jak wskazuje modelowanie, jeśli obierze się drogę pełnej blokady i zamknięcia, to z ponownym otwarciem nażałoby poczekać 18 miesięcy. Ioannidisa bardzo niepokoi taki scenariusz, bo ludzkość nigdy czegoś takiego nie doświadczyła i nie jest pewne, czy nasz świat, nasza cywilizacja by to przeżyła. Tu może chodzić nie o miliony istnień (biorąc pod uwagę najbardziej pesymistyczne przewidywania żniw wirusa), ale o miliardy.

Ioannidis potwierdza też to, co niezależnie wyraził Craig Murray w swoim artykule Memento mori, a mianowicie, że szczegółowe donoszenie przez media o każdym poszczególnym przypadku śmiertelnym jest jedynie pogonią za sensacją i absolutnie nie daje podstaw do wyciągania jakichkolwiek wniosków na szerszą skalę.

Totalnie uwięzione społeczeństwo, komunikujące się wyłącznie przez telefon albo Internet, to coś zupełnie nowego i wcale nie jest pewne, że możliwe do utrzymania. To zupełnie inne środowisko dla etyki, dla naszej zdolności utrzymywania kontaktów i życia społecznego, dla tego, co to znaczy być człowiekiem, dla naszego rozumienia ryzyka i podejścia do niego. Jest za wcześnie na skazanie naszego świata na przyszłość, która wygląda naprawdę potwornie.

translate | Thu, 02 Apr 2020 06:13:39 +0000

Memento mori: Mało popularne przemyślenia na temat koronowirusa


Craig Murray
craigmurray.org.uk
7 marca 2020

© craigmurray.org.uk

Zawsze bardzo lubiłem to zdjęcie. Myślę, że z oczywistych powodów. Od lewej widać Celię, Stuarta, Neila i mnie. Przez całe dzieciństwo byliśmy bardzo zżyci. Pokazuję je wam teraz, ponieważ moja mama zawsze się dziwiła, że tak dobrze na nim wyglądamy, mimo że wszyscy byliśmy na zwolnieniu, bo zachorowaliśmy na tak zwaną grypę grypę Honkong.

Pandemia grypy Hongkong, która przetoczyła się przez Wielką Brytanię w latach 1968-1969, była ostatnią naprawdę poważną pandemią grypy. Zdaje się, że charakteryzują się one nadzwyczajną regularnością pojawiania się: 1919, 1969 i 2020 r. Epidemie grypy są punktualniejsze niż pociągi (choć pozwoliłem sobie tu na małe oszustwo i pominąłem grypę azjatycką w 1958 r.) Dziś grypa Hongkong znana jest jako H3N2. Szacowana ilość zgonów, jakie spowodowała na całym świecie, waha się na poziomie od 1 do 4 milionów. W Wielkiej Brytanii zabiła w przybliżeniu około 80 tysięcy osób.

Zgony wywołane epidemiami grypy w Wielkiej Brytanii. Od lewej hiszpanka, Hongkong, azjatycka i świńska

Gdyby obecny koronawirus pojawił się w 1968 roku, mówiłoby się, że to grypa, i prawdopodobnie nazwano by ją "grypą Wuhan". Zapewne COVID-19 nie zostanie tak sklasyfikowany, ale w czasach mojej młodości zdecydowanie tak byśmy go określali. Grypa Hongkong w swej specyfice rozprzestrzeniania była bardzo do niego podobna, cechując się wysoką zaraźliwością, a jednocześnie bardzo niskim współczynnikiem umieralności. Szacuje się, że około 30% brytyjskiej populacji zostało nią zarażone. Wskaźnik śmiertelności wynosił około 0,5%. Umierały głównie osoby starsze lub już mające problemy zdrowotne.

Nie wywoływała ona jednak strasznej paniki i nieustannej histerii. To, co teraz powiem, wielu się nie spodoba. Uważam, że na doniesienia typu: "Z powodu grypy umiera 80-letni mężczyzna, mający również inne problemy zdrowotne". nie ma, i nie powinno być, miejsca w wiadomościach medialnych. Takie doniesienie medialne jest niewyważone, brak mu poszanowania prywatności, ma zaspokajać niezdrową ciekawość i rozbudzać histerię.

Zastanówcie się nad tym: Wszystkie osoby zarażone koronowirusem prędzej czy później umrą. Wszystkie pozostałe, które się nie zarażą, również kiedyś odejdą z tego świata. Różnica w średniej długości życia pomiędzy tymi grupami będzie niewielka, a to dlatego, że w większości ludzie, którzy umierają z powodu COVID-19, są już w takim wieku i mają takie problemy zdrowotne, że zbliżają się do kresu życia.

Pozwólcie teraz, że zwrócę uwagę na coś istotnego. Piszę to jako człowiek z uszkodzonym sercem i płucami w wyniku wielokrotnego przejścia dwustronnej zatorowości płucnej, która w 2004 roku prawie mnie zabiła. Jakimś dziwnym trafem działo się to dokładnie w tym samym czasie, kiedy rządy Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych – na parę tygodni po tym, jak w końcu zostałem oczyszczony z fałszywych zarzutów, którymi próbował mnie obciążyć rząd brytyjski – desperacko starały się mnie pozbyć ze stanowiska ambasadora. Byłem przez wiele dni w śpiączce, a później dawano mi maksymalnie trzy lata życia (cała ta historia jest opisana w książce "Morderstwo w Samarkandzie"). Jeśli zarażę się COVID-19, to pewnie dość szybko przeniosę się na inny świat.

Nie mam z tym problemu. Miałem pełne i satysfakcjonujące życie. Nie znaczy to bynajmniej, że chcę umrzeć. Mam żonę i dzieci i bardzo ich kocham, mam też przed sobą ważne polityczne bitwy do stoczenia. Ludzie nie żyją jednak wiecznie i pewnego dnia nadejdzie czas i na mnie.

Martwi mnie, że obecna reakcja na koronawirusa zdaje się być odzwierciedleniem przekonania, że śmierć jest aberracją, a nie naturalną koleją rzeczy. W miarę jak populacja ludzka gwałtownie rośnie i mimowolnie wypiera inne gatunki, nieuchronnie staje się też bardziej podatna na choroby.

Kiedy obserwuję katastrofalny wpływ człowieka na środowisko, na inne gatunki i klimat, głęboko nurtuje mnie pytanie, jakie są podstawowe przekonania i cele ludzkości. Czy naprawdę wierzymy, że medycyna może, i powinna, wyeliminować wszelkie choroby? Liczni dobrze finansowani naukowcy pracują w pocie czoła próbując rozstrzygnąć, czy możliwe jest powstrzymanie procesu starzenia się. A ponieważ zainteresowane są tym zamożne zachodnie elity, na takie badania przeznacza się więcej pieniędzy niż na walkę z malarią i innymi tropikalnymi chorobami. Do czego to doprowadzi? Czy naprawdę chcemy świata – a przynajmniej jego bogatej części – gdzie każdy może dożyć setki? Jakie skutki by to wywołało dla ogólnej populacji, jak by wpłynęło na demografię, gospodarkę i rozporządzanie ograniczonymi zasobami, wliczając w to żywność i gospodarkę mieszkaniową?

Masowa histeria związana z koronowirusem wynika z tendencji społeczeństwa do odrzucania myśli, że gatunek ludzki jest częścią szerszego środowiska ekologicznego i że śmierć i choroby są nieuniknione, stanowią nieodłączną część kondycji ludzkiej i powinniśmy się z tym pogodzić. Pozwólcie, że uspokoję tych, którzy dali się nakręcić i popadali w histerię. Jestem w pełni przekonany, że statystyki umieralności z powodu koronawirusa są przesadnie zawyżone. Ich podstawą są szacunkowe przewidywania, oparte na ilości osób, które zostały przebadane, a istnieje jeszcze ogromna część populacji, która ma lub miała koronawirusa z symptomami przeziębienia lub z brakiem takowych, a która nie poddała się testom. Grypa Hongkong miała współczynnik umieralności na poziomie 0,5% i uważam, że ostatecznie w przypadku COVID-19 będzie bardzo podobnie. Tak samo jak w przypadku grypy. Jedyna różnica polega na tym, że można się nim łatwiej zarazić, a zatem więcej osób zachoruje.

Dobrze więc – myjcie ręce, wyrzucajcie chusteczki do kosza na śmieci, dbajcie o higienę. Nie kręćcie się w pobliżu ludzi chorych na grypę. Wykorzystajcie to, co oferuje wam współczesna medycyna do obrony przed wirusem, ale nie doświadczajcie szoku, kiedy chory, zwłaszcza w podeszłym wieku, umrze. Nie jesteśmy bogami, jesteśmy śmiertelni. Nie zapominajmy o tym.

Każda śmierć to osobista tragedia. Wszystkim pogrążonym w żałobie przekazuję wyrazy pocieszenia i otuchy i w żadnym razie nie próbuję tu umniejszać czyjegokolwiek bólu po stracie bliskich (nie tak dawno zmarła moja mama), niezależnie od ich wieku. Ani zaprzeczać, że w przypadku dzieci, nawet jeśli odejdzie ich niewiele, będzie to tragiczne doświadczenie dla ich rodzin. Moje najgłębsze i najszczersze kondolencje dla wszystkich opłakujących stratę i gorące wyrazy wsparcia dla tych zmagających się z chorobą i martwiących się. Z drugiej strony uważam, że w utuleniu żalu może nam pomóc spojrzenie na ludzkie istnienie z szerszej perspektywy. Cel, jaki przyświeca temu blogowi pozostaje ten sam: nie bać się mało popularnych tematów. Żywię gorącą nadzieję, że ludzie zaczną podchodzić do wirusa COVID-19 w bardziej wyważony sposób.

W odróżnieniu od naszych oponentów, wliczając w to Integrity Initiative, 77th Brigade, Bellingcat, Radę Atlantycką i setki pozostałych szerzących strach agend propagandowych, blog ten w żaden sposób nie jest wspierany i finansowany przez instytucje, rząd czy korporacje. Istnieje w całości dzięki dobrowolnemu wsparciu czytelników, z których wielu niekoniecznie zgadza się z każdym zamieszczonym tu artykułem, ale z otwartymi rękoma wita alternatywne spojrzenie i dyskutuje.

Subskrypcje pomagające utrzymać ten blog są mile widziane.

Tłumaczenie: PRACowniA
Artykuł na  SOTT: Momento Mori – Unpopular Thoughts on Coronavirus

translate | Tue, 31 Mar 2020 18:01:33 +0000
Text to Speech by: ResponsiveVoice-NonCommercial licensed under 95x15
website no use cookies, no spying, no tracking
to use the website, we check:
country: US · city: Ashburn · ip: 184.72.102.217
device: computer · browser: CCBot 2 · platform:
counter: 1 · online:
created and powered by:
RobiYogi.com - Professional Responsive Websites
00:00
00:00
close
 please wait loading data...